Siedzę wygodnie na kanapie, w ręku leniwie ściskam kubek zielonej herbaty i otula mnie przyjemne ciepło. Zupełne przeciwieństwo tego co za oknem, od kilkunastu dobrych dni mróz rozpędził się i wypełnia wszelkie możliwe szczeliny. Okleja świat swoim chłodnym oddechem i powoduje, że każdy kto postanowił opuścić swoją przestrzeń życiową teraz trzęsąc się straszliwie marzy o ciepłym kocu i kubku z moją herbatą. I tak kilka dni, mróz goni a ja uciekam. Otulam się ciepło, najcieplej. Uczuciem, herbatą, kocem, myślami. Minus 10, minus 15, 20, 25 a nawet 29. Przecieram oczy, grzeję się z daleka od tego co wskazuje termometr i od miejsca z termometrem związanym.
Moja pozycja wydaje się zbyt wygodna na bierne przyglądanie się manifestacjom, które w tym czasie mają miejsce w całym kraju, na informacje o śmierci Wisławy Szymborskiej czy zamieszaniu jakie wywołała matka ukrywająca zwłoki swojego 6 miesięcznego dziecka pod gruzem i śniegiem. Rzeczywistość poza ciepłym miejscem wydaje się jakimś niekończącym kiepskim snem, który śnimy każdej nocy i po którym budzimy się mocno niewyspani.
wtorek, 7 lutego 2012
wtorek, 31 stycznia 2012
Życie jak podróż / 53
Życie
bywa jak nieustanna podroż intercity. Gdy nasz pociąg wyruszy już z
macierzystej stacji nie zatrzymuje się dopóki nie napotka na swojej
drodze tych większych przystanków. To ważne, znaczące wydarzenia, które
mają miejsce w naszym życiu. Nasz pociąg zatrzymuje się tam na dłużej, a
my tym miejscom poświęcamy więcej naszej uwagi, niejednokrotnie
denerwujemy się w oczekiwaniu. Już chcielibyśmy się przemieszczać dalej i
mijać kolejne krajobrazy składające się z poznawanych osób,
kumulowanych w nas emocjach, przeżyć i wszystkich drobnych detali
składających się na tło, pierwszoplanowe i drugoplanowe elementy naszego
życia. Pisk hamowania pojawia się również na tych stacjach, na których
postój jest krótszy a pewne wydarzenia i obrazy przewijane są bardzo
szybko, podobnie z tymi stacjami, na których nie zatrzymujemy się
wcale. Istnieją, funkcjonują w naszej świadomości, ale nie są ważne
jeśli coś w życiu nie spowoduje, aby jakaś z naszych mniejszych podróży
nie wyznaczyła jej jako cel. Kontrola biletu, weryfikacja tego czy
możemy daną podróż kontynuować to nic innego jak te momenty w życiu, w
których coś musimy udowodnić, w których musimy uzyskać odpowiednie
uprawnienia do wykonywania danych czynności.
Obieramy jakąś stację, miejsce w którym chcielibyśmy się znaleźć. Co jakiś czas docieramy do celu. Jest to kolejny etap w życiu, coś na co czekaliśmy, co chcieliśmy osiągnąć, postój i odpoczynek po cięzkiej pracy. Sytuacja i miejsce, które powoduje, że jeszcze bardziej poznajemy siebie i uświadamiamy sobie, że życie to podróż, w której ostatecznie wszyscy wylądujemy na jednym dworcu a mimo to kontynuujemy swoją wędrówkę - by nie stać w miejscu, rozwijać się, poznawać stacje i innych podróżujących.
Obieramy jakąś stację, miejsce w którym chcielibyśmy się znaleźć. Co jakiś czas docieramy do celu. Jest to kolejny etap w życiu, coś na co czekaliśmy, co chcieliśmy osiągnąć, postój i odpoczynek po cięzkiej pracy. Sytuacja i miejsce, które powoduje, że jeszcze bardziej poznajemy siebie i uświadamiamy sobie, że życie to podróż, w której ostatecznie wszyscy wylądujemy na jednym dworcu a mimo to kontynuujemy swoją wędrówkę - by nie stać w miejscu, rozwijać się, poznawać stacje i innych podróżujących.

wtorek, 24 stycznia 2012
tekturowe pudełko / 52
Nie mogę spać. Kręcę się w kółko, siadam przy kuchennym stole, obserwuje jak śnieg po raz kolejny w przeciągu ostatnich dwóch tygodni oblepia krajobraz za oknem. Biały miękki puch, który najprawdopodobniej jutro w godzinach porannych zacznie zamieniać się w półpłynną nieprzyjemną masę. Opróżniam zawartość szklanki. Grzaniec śliwkowy palony, lepiej pachnie niż smakuje, aromat roznosi się po całym pomieszczeniu i czuć go na długo a smak nie należy do najlepszych, rozgrzewa ale jakby wzmagał dalsze poczucie pragnienia.
Z szuflady wyciągnąłem stare tekturowe pudełko. Opakowanie po papeterii z logiem unicef. Zawartość skrywa mniejsze i większe pocztowe skarby ale i nie tylko. Na wierzchu leży stary granatowy paszport z wytłoczonym na okładce orłem bez korony i napisem Polska Rzeczpospolita Ludowa. Na trzeciej stronie czarno-białe zdjęcie. Uśmiechnięty dzieciak o bujnej wyczesanej czuprynie i pełnych policzkach, w swetrze z bohaterem francuskiego komiksu. Oczy niebieskie, znaków szczególnych brak a podpis jakby naskrobany wczoraj w pośpiechu. Kolejne strony to garstka jednakowych pieczątek z przejścia granicznego w Barwinku. Granatową książeczkę odkładam na bok i po raz kolejny sięgam do tekturowego kuferka. Wyciągam kilka świątecznych kartek, spoglądam na daty, czas kiedy te akcenty były już rzadkością ale jednak pojawiały się osoby, które 2 razy w roku potrafiły poświęcić więcej swojego czasu by podzielić się z nami swoją myślą na ten z pozoru magiczny czas. Ładne wycinanki, choinki ze złotymi bombkami, girlandy, srebrne gwiazki, kurczaki i kolorowe pisanki. Nie wiem co się z nami stało, że dzisiaj wolimy, chcemy, musimy sprowadzać to wszystko do 160znaków, które wypełnią smsa. Brzydzę się tego, a później brzydzę się siebie, że ostatecznie generuje najbardziej suche życzenia z możliwych, albo nie wysyłam ich wcale.
Zaglądam dalej, luźne listy, kolorowe koperty i przyciągające wzrok znaczki. Daty coraz bardziej odejmują lat, a ja dowiaduję się np. że matura nie będzie dla mnie tak straszna jak wtedy sobie to wyobrażałem. Później w życiu się przekonuje, że każde kolejne i kolejne podwyższenie poprzeczki to spotęgowany stres, który nazywamy tym największym. Ludzie dzielą się ze mną takimi samymi problemami, niektóre snują się za mną do dziś dnia w takiej formie w jakiej widziałem je kiedyś, stateczność rzeczy do przezwyciężenia jest przerażająca. W takich chwilach mam poczucie przegranej potyczki, popychania przed siebie wózka niezałatwionych spraw i wrażenie beznadziejności pewnych przypadków.
W oko wpada mi mały kolorowy album „cieszyć się przyjaźnią”. Na jednej ze stron w wysuszonym stawie stoją dwie osamotnione łodzie a po lewej stronie słowa jednego z wielkich głoszą, że „większość przyjaźni nie urywa się, tylko wiednie”. Składam świąteczne i urodzinowe kartki, listy upucham w koperty jak ususzone jesienne liście, potem delikatnie odkładam je na miejsce.
Zostały pocztówki. Tych jest najwięcej. Te polskie dzielą się na w większości Bałtyk i góry.
W ostatnich słowach z 22 sierpnia 1998 roku czytam, „od morza dzieli nas wydma.”. W prawym górnym rogu znaczek za 55 groszy. Kolejne są te zagraniczne. Z miejsc, w których nigdy nie byłem i niewiadomo czy kiedykolwiek będę. Kilka z Londynu, później wieża Eifla, gorące pozdrowienia ze słonecznej Teneryfy, jest też Malta i San Francisco. Na tej ostatniej oczywiście Golden Gate.
Wszystkie te skarby pachnące historią, starym papierem, mniejszymi i większymi wspomnieniami chowam do pudełka, a gdy je zamykam mam wrażenie, że z koperty opatrzonej dużym napisem Royal Mail, królowa Elżbieta puszcza mi oko, abym odwiedził ją znowu podczas kolejnej takiej nocy wspomnień.
Z szuflady wyciągnąłem stare tekturowe pudełko. Opakowanie po papeterii z logiem unicef. Zawartość skrywa mniejsze i większe pocztowe skarby ale i nie tylko. Na wierzchu leży stary granatowy paszport z wytłoczonym na okładce orłem bez korony i napisem Polska Rzeczpospolita Ludowa. Na trzeciej stronie czarno-białe zdjęcie. Uśmiechnięty dzieciak o bujnej wyczesanej czuprynie i pełnych policzkach, w swetrze z bohaterem francuskiego komiksu. Oczy niebieskie, znaków szczególnych brak a podpis jakby naskrobany wczoraj w pośpiechu. Kolejne strony to garstka jednakowych pieczątek z przejścia granicznego w Barwinku. Granatową książeczkę odkładam na bok i po raz kolejny sięgam do tekturowego kuferka. Wyciągam kilka świątecznych kartek, spoglądam na daty, czas kiedy te akcenty były już rzadkością ale jednak pojawiały się osoby, które 2 razy w roku potrafiły poświęcić więcej swojego czasu by podzielić się z nami swoją myślą na ten z pozoru magiczny czas. Ładne wycinanki, choinki ze złotymi bombkami, girlandy, srebrne gwiazki, kurczaki i kolorowe pisanki. Nie wiem co się z nami stało, że dzisiaj wolimy, chcemy, musimy sprowadzać to wszystko do 160znaków, które wypełnią smsa. Brzydzę się tego, a później brzydzę się siebie, że ostatecznie generuje najbardziej suche życzenia z możliwych, albo nie wysyłam ich wcale.
Zaglądam dalej, luźne listy, kolorowe koperty i przyciągające wzrok znaczki. Daty coraz bardziej odejmują lat, a ja dowiaduję się np. że matura nie będzie dla mnie tak straszna jak wtedy sobie to wyobrażałem. Później w życiu się przekonuje, że każde kolejne i kolejne podwyższenie poprzeczki to spotęgowany stres, który nazywamy tym największym. Ludzie dzielą się ze mną takimi samymi problemami, niektóre snują się za mną do dziś dnia w takiej formie w jakiej widziałem je kiedyś, stateczność rzeczy do przezwyciężenia jest przerażająca. W takich chwilach mam poczucie przegranej potyczki, popychania przed siebie wózka niezałatwionych spraw i wrażenie beznadziejności pewnych przypadków.
W oko wpada mi mały kolorowy album „cieszyć się przyjaźnią”. Na jednej ze stron w wysuszonym stawie stoją dwie osamotnione łodzie a po lewej stronie słowa jednego z wielkich głoszą, że „większość przyjaźni nie urywa się, tylko wiednie”. Składam świąteczne i urodzinowe kartki, listy upucham w koperty jak ususzone jesienne liście, potem delikatnie odkładam je na miejsce.
Zostały pocztówki. Tych jest najwięcej. Te polskie dzielą się na w większości Bałtyk i góry.
W ostatnich słowach z 22 sierpnia 1998 roku czytam, „od morza dzieli nas wydma.”. W prawym górnym rogu znaczek za 55 groszy. Kolejne są te zagraniczne. Z miejsc, w których nigdy nie byłem i niewiadomo czy kiedykolwiek będę. Kilka z Londynu, później wieża Eifla, gorące pozdrowienia ze słonecznej Teneryfy, jest też Malta i San Francisco. Na tej ostatniej oczywiście Golden Gate.
Wszystkie te skarby pachnące historią, starym papierem, mniejszymi i większymi wspomnieniami chowam do pudełka, a gdy je zamykam mam wrażenie, że z koperty opatrzonej dużym napisem Royal Mail, królowa Elżbieta puszcza mi oko, abym odwiedził ją znowu podczas kolejnej takiej nocy wspomnień.
tag:
brak snu,
koperty,
ludzie,
melancholia,
poczta,
wspomnienia,
znaczki,
życzenia
czwartek, 5 stycznia 2012
Nowy Rok w Australii / 51
Jestem niedźwiedziem, pomimo braku śniegu od kilku dni mocno pragnę zapaść w sen zimowy. Chociaż nie, może bardziej jestem nietoperzem. Działam, funkcjonuję, próbuję cokolwiek zrobić, wymyślić, stworzyć nocą, a za dnia najlepiej przykleiłbym się nogami do stropu mojej jaskini i zwisał tak cały dzień, z zamkniętymi oczami nasłuchując ewentualnego zagrożenia. Ludzie po nowym roku zawsze robią sobie jakieś postanowienia, planują coś co powinni zrealizować a ja rozmyślam nad tym czy usnąć jak niedźwiedź bądź zawisnąć jak ten latający po nocach ssak. Gdy widzę tych działających na największych obrotach, zastanawiam się skąd mają tyle energii i samozaparcia by brnąć do przodu, mierzyć się codziennie z tą szaroburą raz mroźną a raz deszczową pogodą. Może w zaciszu swoich domów wypijają duże ilości energetycznych napojów, zasilają się jak królik elektrolitem z baterii duracell albo na szyi noszą naszyjnik z magiczną mocą Tybetu. Mogą działać też jak perpetum mobile, raz pchnięci brną do przodu, omijając wszystko co mogłoby spowodować, że znowu się zatrzymają i tak samo jak ja będą rozglądać się za wysokim drzewem, w ciepłym lesie równikowym by wspiąć się na nie jak leniwiec, przykleić swoimi dużymi pazurami do kory i tak trwać. Pomieszało mi się z tymi zwierzakami, może jednak być tym niedźwiedziem, albo niedźwiedziem koala, jeść eukaliptus.... tzn. chciałem powiedzieć misiem koala. Małym przytulnym zwierzakiem, pojechać do Australii i w nowym roku mieć wszystko w nosie.
______________
wpis w wersji audio >>
______________
wpis w wersji audio >>
tag:
2012,
Australia,
Australia 2012,
Nowy Rok,
Nowy Rok 2012
czwartek, 29 grudnia 2011
Święta, święta... /50
Święta, świąta i po świętach. Coroczny slogan, który uświadami nam, że to na co czekaliśmy tak długo, to do czego przygotowania trwały tyle czasu, to przez co atmosfera gęstniała z każdą chwilą już minęło. Bardzo szybko, te namacalne, odczuwalne, przeżywane, celebrowane – jak kto woli – święta. Pstryk i znikł. Magiczne, zdrowe, pełne błogosławieństwa i całej tej produkowanej w powtarzalnych życzeniach otoczki, która pękła niewiadomo kiedy i niewiadomo gdzie, daleko we wspomnieniach. Próbuję się zastanawiać kiedy się to stało, w którym momencie, w jakiej sytuacji. Magia świąt, cudowne wspomnienia, zapachy, oczekiwanie i brak męczącej powtarzalności. Woń świerkowego igliwia, przypraw korzennych i skórki pomarańczowej. Przebłyski z dzieciństwa o zagranicznej paczce od rodziny, radość oczekiwania najpierw świąt, później prezentów, chwil spędzonych razem. Trwanie, którego na co dzień z różnych powodów mogło brakować. Dzisiaj w każdej dziedzinie życia mamy dużo, szybko, kolorowo. Przerost formy nad treścią. Facet przebrany za Mikołaja już 2 listopada czeka na zapleczu supermarketu by szybko wybiec posprzątać sterty zniczy, zaciągnąć w róg spryskaną sztucznym śniegiem plastikową choinkę i wydusić z siebie amerykańskie ho ho ho. Później to wszystko coraz bardziej zaczyna kiełkować i pracuje na przedświąteczną gorączkę, która pęka w przedostatnim tygodniu grudnia. Jedni ludzie oblegają sklepy a drudzy nie mogą się im nadziwić narzekając na to natężenie ruchu wokół wszystkich skupisk, w których coś można nabyć drogą kupna. Z tym, że ta druga grupa przybyła tam w tym samym celu, co najśmieszniejsze zwiększając liczebność grupy pierwszej. Później budzimy się dzień po świętach, kiedy to trzeba wrócić do swoich codziennych obowiązków, może trochę bardziej niewyspani, mocno najedzeni i gdyby nie wizja nadchodzącego na dniach Sylwestra pewnie odczuwalibyśmy większy niedosyt.
wpis w wersji audio >>
wpis w wersji audio >>
tag:
święta,
święta święta i po
sobota, 10 grudnia 2011
twórcza niemoc / 49
Turlam się od minuty.
Przewracam dobry kwadrans, z boku na bok.
Wiercę się tak ponad godzinę.
Gdy byłem młodszy kolekcjonowałem banały. Zbierałem masę słów, ubierałem je w kolorowe ubranka, przecinałem kropkami i układałem w nierównych szeregach. Pielęgnowałem te moje kolekcje całymi dniami. Rozrastały się do przyjemnych rozmiarów, cieszyły oko, ucho. Powoli najpierw nieśmiało dzieliłem się nimi ze światem, później coraz bardziej odważnie, aż po ciche utwierdzanie się w przekonaniu, że to co robię jest dobre.
Nic bardziej mylnego.
Dzisiaj jestem o te x lat starszy. Ciągle za młody ale jednak posiadam już sito o drobniejszych oczkach. Sito, które po otworzeniu moich zakurzonych ksiąg pozwala mi dokonywać selekcji tego co wyprodukowałem. Odławiam coraz więcej tego co mam wrażenie nie powinno ujrzeć światła dziennego. Łamie słowa, zdania, całe akapity. Nie zostawiam na nich suchej nitki podczas jednoosobowej cichej krytyki.
Turlam się od minuty.
Przewracam dobry kwadrans, z boku na bok.
Wiercę się tak ponad godzinę.
Turlam się w twórczej niemocy.
wpis w wersji audio>>
Przewracam dobry kwadrans, z boku na bok.
Wiercę się tak ponad godzinę.
Gdy byłem młodszy kolekcjonowałem banały. Zbierałem masę słów, ubierałem je w kolorowe ubranka, przecinałem kropkami i układałem w nierównych szeregach. Pielęgnowałem te moje kolekcje całymi dniami. Rozrastały się do przyjemnych rozmiarów, cieszyły oko, ucho. Powoli najpierw nieśmiało dzieliłem się nimi ze światem, później coraz bardziej odważnie, aż po ciche utwierdzanie się w przekonaniu, że to co robię jest dobre.
Nic bardziej mylnego.
Dzisiaj jestem o te x lat starszy. Ciągle za młody ale jednak posiadam już sito o drobniejszych oczkach. Sito, które po otworzeniu moich zakurzonych ksiąg pozwala mi dokonywać selekcji tego co wyprodukowałem. Odławiam coraz więcej tego co mam wrażenie nie powinno ujrzeć światła dziennego. Łamie słowa, zdania, całe akapity. Nie zostawiam na nich suchej nitki podczas jednoosobowej cichej krytyki.
Turlam się od minuty.
Przewracam dobry kwadrans, z boku na bok.
Wiercę się tak ponad godzinę.
Turlam się w twórczej niemocy.
wpis w wersji audio>>
wtorek, 22 listopada 2011
mroźny oddech / 48
Wieczorami, gdy zasiadam przy stoliku w kuchni widzę jak opustoszał mój krajobraz. Ostatnie liście dawno spadły z drzew, a cała reszta wyłaniająca się z mroku coraz częściej pokryta jest gęstą mgłą. Kontury budynków, różnokolorowe światła zakładów czy gęsty unoszący się dym nad kominem pobliskiej stolarni, to nieodłączne elementy tego jesiennego obrazu. Ucinam sobie takie nocne spacery od okna do okna. Cichy szelest pantofli depczących po skrzypiącym parkiecie znaczy niewidzialne ścieżki.
Z drugiej strony szkielety ogołoconych drzew, małe tlące się światło stacji paliw, która dopiero wiosną obudzi się na całą dobę. Gdy świat nie tonie we mgle widać czerwone światełka oddalonej o kilkanaście kilometrów telewizyjnej stacji nadawczej. Słyszę przejeżdżające nieopodal samochody. Ktoś późną nocą wybrał się w podróż, wraca do domu z pracy albo w tym samym celu z tego domu przed chwilą wyruszył. To wszystko takie przewidywalne, na swój sposób spokojnie czeka na kolejny późnojesienny mroźny oddech. Bo jeszcze tej nocy spadnie pierwszy w tym roku śnieg.
_______
Wpis w wersji audio <<
Z drugiej strony szkielety ogołoconych drzew, małe tlące się światło stacji paliw, która dopiero wiosną obudzi się na całą dobę. Gdy świat nie tonie we mgle widać czerwone światełka oddalonej o kilkanaście kilometrów telewizyjnej stacji nadawczej. Słyszę przejeżdżające nieopodal samochody. Ktoś późną nocą wybrał się w podróż, wraca do domu z pracy albo w tym samym celu z tego domu przed chwilą wyruszył. To wszystko takie przewidywalne, na swój sposób spokojnie czeka na kolejny późnojesienny mroźny oddech. Bo jeszcze tej nocy spadnie pierwszy w tym roku śnieg.
_______
Wpis w wersji audio <<
poniedziałek, 31 października 2011
trzęsienie czasu / 47
Dostałem dzisiaj jedną godzinę więcej. To znaczy w ramach kredytu, jak wiele rzeczy w życiu. Będę musiał ją zwrócić wiosną, gdy wszystko wróci do normy. A może to dzisiaj wszystko wróciło do normy po wiosennej roszadzie? Bez znaczenia. Czas przestawił nocą pory dnia. I znowu człowiek będzie wstawał po ciemku, wracał z pracy po ciemku. Jesienna szarobura rzeczywistość, depresyjna pożywka każdego dnia i tak przez sporą część jesieni i przez całą zimę, w oczekiwaniu na wiosenną spłatę. Rosjanie zrezygnowali z tego szaleństwa, w marcu po raz ostatni przestawili zegarki i powiedzieli koniec. W sobotę, ich czasomierze nie były zagrożone, nic nie zaburzyło ich budowanej przez miesiące równowagi, dzięki temu nie będą snuć się chodnikami przez cały tydzień niczym widma poszukujące czegoś nieokreślonego. A to z pewnością będzie miało miejsce u nas i w wielu miejscach na ziemi. Oj czepiam się, bo dla mnie w obecnej sytuacji nie ma to większego znaczenia. Wstanę o 9tej czyli tak naprawdę o byłej 10tej, czy wstanę o 10tej tzn. tak naprawdę 11stej czy może zerwę się o 6stej... która to będzie na stary czas(?) tzn. na ten z wczoraj zanim wszystko się poprzestawiało. Bez znaczenia, gdy nigdzie nie idę, gdy nic nie robię, gdy nic nie czeka. Uciekam tylko od podobieństwa dnia poprzedniego.
A jeszcze jak wczoraj słyszę powietrze szumiące w nieszczelnych szybach samochodu, dźwięk stukających opon, trzeszczących plastików. Gdyby ktoś mnie spytał jaki dźwięk mają uciekające kilometry to chyba właśnie to przyszłoby mi do głowy. Te nieszczelności, stukania, trzeszczenia i dźwięki z radia. We wtorek trójka miała dzień polski, zastanawiam się czy jest druga taka rozgłośnia w Polsce, która pozwala sobie na to by puścić prawie 10minutowy utwór w całości. I tak uciekały mi te kilometry, brzmiał wokoło standardowy zestaw dźwięków ubrany w Korowód Marka Grechuty. Przede mną zwijały się białe przerywane paski namalowane na asfalcie, a z obu stron na wietrze poruszały się jesienne już lasu liście.
W takich chwilach człowiek zostając sam ze sobą nie potrzebuje chyba nic więcej jak prostej przyjemności czerpanej z tego, w jakiej sytuacji się znajduje, co robi, o czym myśli, skąd i dokąd zmierza. I co najwyżej mogę się rozmarzyć o tym by takich wyjazdów było jak najwięcej, szczególnie jeśli tak mocno zmieniają z pozoru przewidywalne życie.
_________
Wpis w wersji audio > > >
_________
Wpis w wersji audio > > >
tag:
podróż,
podróże,
zmiana czasu
piątek, 7 października 2011
zimno / 46
Jest mi zimno, szaro, nijak.
Grzeje się owocową herbatą i piosenką, która ma przeogromny ładunek emocjonalny.
Myślę o ostatnich 6 tygodniach, życie jest przewrotne. Ciągle mnie zaskakuje.
Boję się... ale to pozytywny strach. Nie mogę się doczekać...
Grzeje się owocową herbatą i piosenką, która ma przeogromny ładunek emocjonalny.
Myślę o ostatnich 6 tygodniach, życie jest przewrotne. Ciągle mnie zaskakuje.
Boję się... ale to pozytywny strach. Nie mogę się doczekać...
tag:
cisza,
codzienność,
emocje